Ile pieniędzy (nie)przejadamy w JEDZENIU? Domowy budżet dla poszukujących #6

Jedzenie to najbardziej niedoceniana kategoria naszych wydatków. A nie jest tajemnicą, że w portfelu osób średniozamożnych wydatki na jedzenie stanowią procentowo jedną z trzech największych kwot. Tutaj też siedzą nasze złe nawyki i „niewinne zachcianki”, które przemnożone przez liczbę dni w roku dają całkiem duże sumy. Czy będę was tu zachęcać, aby przestać jeść?

Przekonajmy się!

Jemy w domu. Czy da się jeszcze bardziej oszczędnie?

Da się! Na początek przestań wyrzucać jedzenie. Tak samo, jak w przypadku kosmetyków, jeśli musisz wyrzucać, znaczy że masz za dużo. Regularnie sprawdzaj, co masz w lodówce i zamrażarce. Planuj posiłki (1) w oparciu o to, co masz (2). Ad. 1. Planuj posiłki. To podstawa. Nie jestem fanką planowania sztywno na cały tydzień, bo różne nieoczekiwane zdarzenia mogą się wydarzyć i mogę np. nie mieć czasu, żeby gotować, a wtedy nagromadzone skarby się zepsują. Jestem też w tej cudownej sytuacji, że od czasu do czasu dostaję pyszności od Mamy. Zazwyczaj dzieje się to dość spontanicznie i doprawdy trudno czasem przewidzieć co i kiedy wskoczy nam do lodówki. Dlatego staram się mieć zaplanowane cztery-pięć obiadów na tydzień, dzięki czemu mamy miejsce na nieoczekiwane sytuacje i spontaniczne „co dziś mamy od Mamy?” lub „co dziś zamawiamy?”.

W sprawie planowania posiłków, warto jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy. Oszukuj swój budżet. Tak wiem, pisząc o BUDŻECIE radziłam, aby tego nie robić. Ale jednak trochę go oszukuj 😉 To znaczy bądź od niego mądrzejszy. Planuj droższe rzeczy na przemian z tańszymi, a wtedy w budżecie wszystko się uśredni. My tak robimy z sushi. Oj, drogo. W tym samym miesiącu jemy więc wątróbkę (można nie lubić, choć my uwielbiamy;) albo np. jajka sadzone z ziemniakami, koperkiem i kefirkiem (to już lepiej, co?). Kombinuj, żeby nie wyjechać poza swój zamierzony pułap wydatków na jedzenie, ale jednocześnie żeby nie umrzeć z nieszczęścia na diecie pt. ziemniaki z wody z wodą…

Ad. 2. W oparciu o to, co masz. Czyli NAJPIERW sprawdzam, co mam, potem wymyślam, co zrobię, a potem biorę kartkę i robię LISTĘ ZAKUPÓW. Lista zakupów uratuje Cię, przed nadmiarem (i niedoborem) w zakupach spożywczych, bo „myślałam, że to już się skończyło…”, „wydawało mi się, że jeszcze to mamy…” oraz najgorsze „to też się może przydać… i to… o, i może jeszcze to…”. Nie polegaj na tym, co Ci się wydaje tylko sprawdź i zapisz. Zaufaj mi : ) Mi też się kiedyś wydawało, że „przecież wiem co mam w lodówce, bez przesady… Na pewno się nie zmarnuje”. A potem porównałam nasze wydatki z czasów, gdy kupowałam bez listy i gdy się już do niej przekonałam. Lista spowodowała, że około 100 zł zostaje co miesiąc w kieszeni i pewnie jeszcze dodatkowe 30-40 dzięki temu, że przestałam wyrzucać, bo nie mam nadmiarów. Czyli w skali roku ponad 1500 złotych! Proszę Cię, kupuj z listą zakupów.

Odzyskuj. Został ryż? Jutro pomidorówka z ryżem. Zostały ziemniaki z obiadu? Jutro polecą do zupy jarzynowej. Chleba nie wyrzucam nigdy. Nie że względów magicznych. Po prostu od zawsze mrozimy chleb i rano na śniadanie wyciągamy tylko tyle, ile zjemy. W ogóle przeproś się z zamrażarką. Nie przewidziałaś nadwyżek jedzenia? Mrozisz. Nie masz w przyszłym tygodniu czasu na zakupy? Kupujesz wcześniej więcej, robisz i mrozisz. Zostały białka jaj z tiramisu? Mrozisz. W zasadzie wszystko oprócz rzeczy z kremem i majonezem. Za mała zamrażarka? Kup większą. Na serio. Zdziwisz się, jak szybko ta inwestycja się zwróci i jak bardzo ułatwi Ci życie!!! Koniec z przejadaniem się na Święta, „bo się zmarnuje”. Koniec z tyranią, że „codziennie trzeba zrobić obiad”! Nie trzeba! Mrozisz i potem musisz tylko odgrzać, ewentualnie ugotować makaron, ziemniaki lub ryż. I pokroić pomidora. Nie przepadam niestety za gotowaniem i ta swoboda, że nie trzeba codziennie tworzyć posiłku od zera bardzo mi odpowiada.

Sprawdzaj ceny różnych sklepach. Chodzi o ceny za 1 kg lub za 1 l, bo producenci sprawnie żonglują różnymi objętościami, aby nas wprowadzić w błąd. Kupuj tam, gdzie jest taniej za tę samą ilość i jakość. Unikaj osiedlówek, bo tam jest zwykle najdrożej. Ale uważaj też w dyskontach. Nie wszystko i nie zawsze jest tam taniej. Do tego super najtańsze rzeczy są często mało wartościowe. Jedząc byle co szybko odkryjesz, że musisz jeść tego więcej niż prawdziwego jedzenia i w dodatku, że to Ci nie służy. To żadna oszczędność. Ja staram się nie oszczędzać na jakości. Kupuję jajka wolnobiegające, kuraki wolnorosnące, dużo świeżych warzyw i owoców, wędlinę ze sprawdzonych źródeł i tak dalej. Ale ta dobra jakość też ma swoje mniej lub bardziej zawyżone ceny. Więc porównuj. I po prostu bądź czujny i świadomy. Naucz się, jakie są ceny. Tak, wiem, już słyszę ten opór… „Co za różnica te dwa czy trzy złote więcej na produkcie…?” Pozwól, że policzę Ci jaka różnica: 10 produktów spożywczych tygodniowo, każdy drożej średnio o złotówkę daje Ci miesięcznie różnicę 40 złotych, czyli w skali roku prawie 500 zeta… Jeśli Ci zbywa, to luz. Ale jeśli szukasz oszczędności, aby osiągnąć MARZENIE, zastanów się, czy porównanie cen to rzeczywiście taki wielki wysiłek? Ja bym te pięć stówek wołała wydać na poprawę wakacyjnego budżetu.

Kontrowersji ciąg dalszy. Zrezygnuj z używek. Odstaw papierosy. Odstaw albo ogranicz słodycze, słone przekąski i alkohol. Stwórz w swoim BUDŻECIE odrębne cztery kategorie na te wydatki i zobacz, ile miesięcznie tam topisz. Wiem, to straszne. Mnie to też boli, bo kocham czekoladę i lody. I czasem pękam. Mamy w budżecie stałą kwotę na słodycze, której nie przekraczam, a jeśli jest naprawdę chudo – te wydatki ucinam jako pierwsze. I wtedy szukam przyjemności gdzie indziej. Słodycze to jakiś diabelny rodzaj nałogu i kompulsja, więc próbuję umilić sobie życie jakoś inaczej, prawdziwiej. Staram się szukać brakujących endorfin w zdrowszych obszarach. I sporo z nich znajduję tu, na blogu 😉

Jemy poza domem. Czy trzeba to całkiem porzucić?

Nie lubię gotować i chwile, gdy zamawiamy albo jemy poza domem to dla mnie podwójne święto, bo nie dość, że nie muszę gotować, to jeszcze mogę zamówić coś wyjątkowego, czego sama nie umiem zrobić (albo mi się nie chce…). Traktuję te momenty naprawdę wyjątkowo. Ale też wiem, że aby były wyjątkowe – nie mogą być codziennie. Nawet, gdyby były na to dzikie luzy w naszym budżecie. Spróbuj trochę ograniczyć kawę na mieście (często z ciastkiem, więc podwójnie źle…) i wyjścia na obiad na miasto. Nie porzucałabym tego całkiem, bo to jest jednak bardzo sympatyczny sposób spędzenia czasu, zwłaszcza, jeśli nie idziesz sam. No ale zawsze z tyłu głowy jest nasze MARZENIE. Też sympatyczne. A skoro w portfelu dno, to jest to niestety kwestia jakiegoś wyboru.

Ile odjęliśmy sobie od ust i czy na pewno od ust?

No właśnie. Czy na pewno od ust? Nie wyrzuciłam, zamroziłam, porównałam ceny, kupiłam to samo taniej, do pracy zrobiłam kanapki, wypiłam kawę w domu, koleżankę zaprosiłam na obiad do siebie albo wprosiłam się do niej i gotowałyśmy razem, więc nie było tak źle, za to bardzo wesoło… Zjadłam, ale nie przejadłam. Jak dla mnie to całkiem zdrowo.

No to liczymy. Załóżmy że:

  • lista zakupów uratowała Ci miesięcznie 70 zł
  • przestałeś wyrzucać jedzenie, więc odzyskało się 10 zł
  • zamówiłeś jeden obiad w miesiącu mniej (30 zł)
  • ograniczyłeś słodycze, słone przekąski, alkohol i papierosy (10zł)
  • zrezygnowałeś z jednego wyjścia do restauracji (60 zł)
  • zrezygnowałeś z dwóch kaw na mieście (20 zł)

Razem miesięcznie zostało Ci w portfelu 200 zł. 200*12=2400 zł. To brzmi bardzo dumnie. I bardzo wykonalnie!!! Spróbuj… Kibicuję Ci!

fikago

3 myśli na temat “Ile pieniędzy (nie)przejadamy w JEDZENIU? Domowy budżet dla poszukujących #6

  1. dokładnie tak jak piszesz. U nas nie pije się kupnych soków i napoi. Albo woda z cytryną, albo soki z własnych owoców. W efekcie czego córki jadą na każdą szkolną wycieczkę. Stać nas na to – oszczędzając na zakupach często niezdrowej i kolorowej chemii

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Ula mamonik.pl Anuluj pisanie odpowiedzi