Szósta rano. Robaki wstały. Czy muszę dodawać, że jest sobota? No, oczywiscie, że sobota! W tygodniu to i młotem pneumatycznym nie obudzisz… wołami z łóżka nie wyciągniesz… No więc wstały, wstały głodne i biegają po nas niemiłosiernie. Misia teatralnym szeptem pyta, czy mogą z Myszką wziąć sobie po jednym chlebku. Myszka wtóruje wdzięcznie „Am, am!” Nie, no, humanitarnie bardzo. Same wezmą, nie muszę wydłubywać się z łóżka, spod milusiej cieplusiej kołderki na chłody i mrozy października… Muszę tylko klepnąć apruwala. Klepię. Wiadomo, zgodzę sie na wszystko, byle tylko ocalić choć kilka minut pseudosnu. Ale nawet pseudosen ma swój kres. Po wstaniu kieruję senne kroki do kuchni.
– Mamusiu, zjadłyśmy z Hanią wszystkie chlebki!!!
Misia jest wyraźnie uradowana i dumna, że tak zaradnie ogarnęła temat. Dziecko Montessori, nie ma co. Patrzę na Misię, na chlebak, znowu na Misię. Niedowierzam lekko, ale jednak tak, to prawda. Zhakowaly mi śniadanie łobuzy.
W sobotę wieczorem biorę się na sposób. Chowam chrupkie chlebki do tajemnej szafki. Ha! Przebiegłość:))) Niedzielny poranek bez paszy dla sępów, to i bez pseudosnu dla matki.
Wstaję. Sennie człapię do kuchni. Tup, tup, tup. Wesoły truchcik biegnie tuż obok.
– Mamusiu!!! Skończył się chrupki chlebek!!!
– Nie skończył się, Misiu, tylko go schowałam w tajemne miejsce, żebyście go znowu z Myszką nie wyżarły…
Misia podchodzi do tajemnej szafki i z właściwym sobie szelmoskim uśmiechem odpowiada.
– Nie schowałaś, Mamusiu, zobacz, tutaj jest!!!
Przebiegłość…


Hahaha! Uśmiałam się 🙂 Piękne! Ściskamy Was i wszystkich chlebkożerców 🙂
PolubieniePolubienie