NIE RADZĘ! (ale może się zainspirujesz;)

Wirus

image

Zostałam zainfekowana. I teraz już muszę tu wracać. Ta zaraza to Wirus Tatrzański. Wielu dopadł, wielu nie dało mu rady. Szczególnie groźny w rejonie Hali Gąsienicowej. Ty, co tu wchodzisz, żegnaj się z nadzieją. Jeśli nie upilnujesz serca, będziesz musiał tu wracać ;)))

Zazdrość to strach

Macie takie osoby, których życie jest spełnieniem Waszych marzeń? Którym się udało? Ja mam. I to kilka!!! Dziś spotkałam jedną z nich. Szczęśliwą!!! Nareszcie szczęśliwą, po długich miesiącach (latach?) zmagania, walki i beznadziei. To ja też jestem szczęśliwa, przecież kibicowałam, smutków słuchałam, próbowałam po swojemu jakoś to szczęście dla niej złapać i przybliżyć… Nic nie kłamię! Cieszę się! A tymczasem z tyłu głowy bryka nie zazdrość tylko strach…  Strach co wygląda zupełnie jak zazdrość, bo tak samo nie daje się cieszyć szczęściem Szczęśliwej, tak samo podpowiada, że mi się nie uda, że inni mają lepiej,  Szczęśliwi. A mi tyle brakuje, mnie się to nie zdarzy… Zazdrość to strach. Ale ja to już wiem. I nie boję się. Mam co trzeba. Choć inaczej niż inni. I to jest spoko. Po prostu… „Nie wszystkie kwiaty zakwitają razem. Każdy ma czas swój i porę. Niech to dla Ciebie będzie drogowskazem: nie wszystkie kwiaty zakwitają razem.” (R.Kwiatkowski). Zazdrość to strach. Ale nie bójcie się! Macie co trzeba! Choć może inaczej niż inni 😉

image

Odpoczynek człowieka

image

Dobrze, żeby cały człowiek odpoczął. Dlatego dużo jeździmy na rowerach. Niech się ciałko porusza trochę i dotleni. Wyłazimy na powietrze ile się da. Nawet jak zimno i pada? Tak! Niech żyje nasz mały domek i duża weranda!!!  Prawie się wysypiamy. A gdy Misia śpi, czytamy przy kawie i ciasteczku lub innym przyjemnym smakołyku. Zwalniamy, a tymczasem nasze mózgi resetują się przy uczciwej dawce glukozy i tlenu, które ponoć są tak potrzebne do dalszej produkcji myśli. Potem wycieczka. Coś do odkrycia i żeby tę głowę jeszcze przewietrzyć, zainspirować czymś nowym, horyzonty poszerzyć. Wracamy bogatsi, choć na ogół nie widać tego w portfelu, a Misia biega wśród nas zadowolona. Boso po trawie. Jeszcze obiadek. I popołudniowe harce. Trzeba się przecież wybiegać. Potem Miś kąpie Misię, a Misiowa ogarnia chałupkę. A na koniec jeszcze serce musi odpocząć, a to się najlepiej dzieje wieczorami.
Siadamy na werandzie i rozmawiamy zapatrzeni w jezioro, wtuleni, zatopieni w tę niezwykłą ciszę, która oddziela codziennostki od tego, co ważne i godne wypowiedzenia. Zmącić tę ciszę czymś błahym byłoby bardzo nieroztropnie. Wymawiamy więc słowa niecodzienne. I takie, które przychodzą dopiero wtedy, gdy zwolnisz, odpoczniesz, uwolnisz się od rutyny bieżących codzienności i obowiązków. Gdy spokojnie, z dystansu, rozważysz, gdzie jesteś, a gdzie chciałbyś być. I to przychodzi samo. Bez spinania i ustalania, że tak ma być. Tak więc siedzimy i marzymy… Snujemy plany. Wielkie. A że dom jednak  będzie… i że w plenerze… i podróże będą i firma taka… i taka… I że jeszcze to zrobimy. I tamto. I to też fajne. A że jutro to na taką wycieczkę…  Kreślimy palcem po mapie… Po różnych mapach. A jutro nowe przygody, nowe wycieczki i harce. Wypełnimy niektóre marzenia. Niektóre pozmieniamy, powoli minie kolejny dzień naszego RAZEM. Wieczorem znowu będziemy snuć nasze wielkie plany. Ale już teraz jest fajnie.

Moje Mazury

Jak wiele osób uważa Mazury za „swoje”? Przyjeżdżasz tu, żeglujesz, przemierzasz na rowerze polne drogi i „gładkie wstęgi szos”. Przesiadujesz godzinami w jeziorze. Albo siedzisz na brzegu i patrząc na gładką taflę wody… odpływasz. Magnetyzm tego miejsca powoduje, że za rok wracasz. A potem znów i znów… A może teraz spróbujemy mazurskiej jesieni… lub zimy? I tak wracasz. Nie muszą to być straganiaste Mikołajki czy tłoczne Giżycko. Może Ryn? Może coś zupełnie malutkiego, poza szlakiem Wielkich Jezior? Może Stara Szkoła w Harszu? Albo Stara Kuźnia w Ogonkach? Albo Cisza Zupełna… Gdzie? Och, tego Wam nie powiem, bo chcę ocalić tę ciszę. Z resztą na pewno macie tu swoje zakątki. A jeśli nie to przyjedźcie i odkryjcie swoje własne Mazury.

image

image

Smaki dzieciństwa

image

Praktycznie wszystko straciło swój smak. Nie ma już szynki takiej jak kiedyś ani truskawek. Mleko bez smaku, miód coraz bardziej rozmoczony. Słodkości od Wedla całkiem popsute: ptasie mleczko nie to, mieszanka wedlowska nie ta i torcik zupełnie nie ten… Do tego przysmak warszawski w ogole przestali produkować. Nie! Nie mylić z blokiem czekoladowym, to było coś o wiele fajniejszego. Chleb polepszany tak bardzo, że przestał przypominać chleb. I chałka, a w zasadzie chała: perfumowany suchar niewart swojej ceny 😦 Masło słabe i oczywiście jajka, mniej lub bardziej bezpłciowe.Prawie wszystko straciło swój smak. Ale nie poziomki. Poziomki nadal są kwintesencją lata :)))

Lato Muminków

Czytam biografię Tove Janson. Rodzinna indywidualistka. Niemożliwe? Och, ja się czuję dokładnie tak samo! Została rysowniczką, bo od małego widziała, jak Mama rysuje. Ale chciała też pisać. Proces tworzenia najczęściej nazywała kleceniem. Choć traktowała go bardzo poważnie.

No to ja też klecę, po swojemu. Klecę dom i baśniowe dzieciństwo Misi. Pierwsza galeryjka w jej pokoiku to będą postacie z Doliny Mumików. Na działce wymyślam i tworzę nam na strychu przytulne gniazdko. Skromne, czyste i (co daj Boże) ładne. Bo otoczenie jest ważne. Nie musi być nowe i drogie. Wystarczy, że będzie czyste, zadbane i ładne. Więc klecę. Staram się wlać nowe życie w stare, niechciane szafki, półki i lampki. Bardzo dużo pracuję. Ale też wcinam z Misią poziomki i odkrywam, jak zajmujące może być stare kretowisko albo ułożony przez Tatę stosik porąbanych szczapek. I jestem myślami w Dolinie Muminków. W atmosferze akceptacji, bezpieczeństwa i przynależności pomimo inności.  Wspominam moją działkę w Izabelinie. W jej miejscu stoi teraz nowoczesne osiedle, więc fizycznie to miejsce już nie istnieje. Ale w mojej pamięci wszystko się zachowało. Jest brama, na ktorej uwielbialiśmy się huśtać i wokół której rosło mnóstwo poziomek. Zrywaliśmy je od razu po wyjściu z samochodu. I to była prawdziwa inauguracja lata. Jest biało brązowy dom z dwoma piwnicami, do których uwielbiałam nurkować, podając Mamie słoiki pełne truskawek i wiśni. Jest strych pełen strasznych staroci i ciocinych obrazów na płótnie. Jest zielona pompa z wajhą i warsztat Taty. Jest piaskownica, nasz mały dtewniany domek i konik z łbem ze starego korzenia. Jest miejsce na hamak i huśtawkę, moją ukochaną staruszkę, która teraz z Misią przeżywa drugą młodość. Jest Tata, który majstruje coś w warsztacie albo robi nam zdjęcia. Jest Mama, która rano przywozi na rowerze mleko w blaszanych kankach, a potem szykuje nam  jajecznicę na kurkach i kakao. My tymczasem lepimy pierniki z cynamonu, mąki i… piachu 🙂 Łazimy po drzewach, biegamy, wariujemy i odwiedzamy wszystkie stare kąty. Jest ogródek, który Mama stworzyła specjalnie dla nas, żebyśmy miały zdrowe, swojskie marcheweczki i ziemniaczki. Wkrótce jednak nic z ogródka nie zostało, oprócz niewysokiego płotka i paru krzewów czerwonych i czarnych porzeczek. I tylko wszyscy pytali, czemu ten trawnik jest ogrodzony?
Nie mam talentu do upraw chyba jeszcze bardziej niż Mama. Nie założę dla Misi przydomowego ogródka z ekomarchewką nawożoną własnym kompostem. Ale zamierzam stworzyć jej dzieciństwo pełne domowych i leśnych zapachów, pełne bajkowych obrazów i ciepłych, kojących wspomnień. Pełne przygód i tajemnic. Pełne przyjaznych twarzy i szczerych uśmiechów tych, którzy ją kochają. Widzę już, że trzeba o to dbać cały czas. Bo ona tak szybko rośnie i to, co ciekawe zmienia się i rośnie razem z nią. Ale atmosfera domu trwa. Więc klecę. W nadziei, że będzie pamiętać.

image