Na dobitkę. Albo na zachętę:))) Przyjeżdżajcie:)
Kategoria: Uncategorized
Odpoczynek człowieka
Dobrze, żeby cały człowiek odpoczął. Dlatego dużo jeździmy na rowerach. Niech się ciałko porusza trochę i dotleni. Wyłazimy na powietrze ile się da. Nawet jak zimno i pada? Tak! Niech żyje nasz mały domek i duża weranda!!! Prawie się wysypiamy. A gdy Misia śpi, czytamy przy kawie i ciasteczku lub innym przyjemnym smakołyku. Zwalniamy, a tymczasem nasze mózgi resetują się przy uczciwej dawce glukozy i tlenu, które ponoć są tak potrzebne do dalszej produkcji myśli. Potem wycieczka. Coś do odkrycia i żeby tę głowę jeszcze przewietrzyć, zainspirować czymś nowym, horyzonty poszerzyć. Wracamy bogatsi, choć na ogół nie widać tego w portfelu, a Misia biega wśród nas zadowolona. Boso po trawie. Jeszcze obiadek. I popołudniowe harce. Trzeba się przecież wybiegać. Potem Miś kąpie Misię, a Misiowa ogarnia chałupkę. A na koniec jeszcze serce musi odpocząć, a to się najlepiej dzieje wieczorami.
Siadamy na werandzie i rozmawiamy zapatrzeni w jezioro, wtuleni, zatopieni w tę niezwykłą ciszę, która oddziela codziennostki od tego, co ważne i godne wypowiedzenia. Zmącić tę ciszę czymś błahym byłoby bardzo nieroztropnie. Wymawiamy więc słowa niecodzienne. I takie, które przychodzą dopiero wtedy, gdy zwolnisz, odpoczniesz, uwolnisz się od rutyny bieżących codzienności i obowiązków. Gdy spokojnie, z dystansu, rozważysz, gdzie jesteś, a gdzie chciałbyś być. I to przychodzi samo. Bez spinania i ustalania, że tak ma być. Tak więc siedzimy i marzymy… Snujemy plany. Wielkie. A że dom jednak będzie… i że w plenerze… i podróże będą i firma taka… i taka… I że jeszcze to zrobimy. I tamto. I to też fajne. A że jutro to na taką wycieczkę… Kreślimy palcem po mapie… Po różnych mapach. A jutro nowe przygody, nowe wycieczki i harce. Wypełnimy niektóre marzenia. Niektóre pozmieniamy, powoli minie kolejny dzień naszego RAZEM. Wieczorem znowu będziemy snuć nasze wielkie plany. Ale już teraz jest fajnie.
Moje Mazury
Jak wiele osób uważa Mazury za „swoje”? Przyjeżdżasz tu, żeglujesz, przemierzasz na rowerze polne drogi i „gładkie wstęgi szos”. Przesiadujesz godzinami w jeziorze. Albo siedzisz na brzegu i patrząc na gładką taflę wody… odpływasz. Magnetyzm tego miejsca powoduje, że za rok wracasz. A potem znów i znów… A może teraz spróbujemy mazurskiej jesieni… lub zimy? I tak wracasz. Nie muszą to być straganiaste Mikołajki czy tłoczne Giżycko. Może Ryn? Może coś zupełnie malutkiego, poza szlakiem Wielkich Jezior? Może Stara Szkoła w Harszu? Albo Stara Kuźnia w Ogonkach? Albo Cisza Zupełna… Gdzie? Och, tego Wam nie powiem, bo chcę ocalić tę ciszę. Z resztą na pewno macie tu swoje zakątki. A jeśli nie to przyjedźcie i odkryjcie swoje własne Mazury.
Smaki dzieciństwa
Praktycznie wszystko straciło swój smak. Nie ma już szynki takiej jak kiedyś ani truskawek. Mleko bez smaku, miód coraz bardziej rozmoczony. Słodkości od Wedla całkiem popsute: ptasie mleczko nie to, mieszanka wedlowska nie ta i torcik zupełnie nie ten… Do tego przysmak warszawski w ogole przestali produkować. Nie! Nie mylić z blokiem czekoladowym, to było coś o wiele fajniejszego. Chleb polepszany tak bardzo, że przestał przypominać chleb. I chałka, a w zasadzie chała: perfumowany suchar niewart swojej ceny 😦 Masło słabe i oczywiście jajka, mniej lub bardziej bezpłciowe.Prawie wszystko straciło swój smak. Ale nie poziomki. Poziomki nadal są kwintesencją lata :)))
Nie rozumiem
Stereotypy
Staruszka
O siedzeniu w domu
Gdy po urodzeniu się dziecka jedno z rodziców decyduje się zawiesić życie zawodowe i opiekować się dzieckiem, mówi się, że „zostaje w domu” a nawet „siedzi w domu”. W tym czasie to drugie „chodzi do pracy”. Nad wyższością jednego stanu nad drugim wciąż trwają spory. I pewno trwać będą, bo te stany są bardzo, bardzo różne. Nie da się tak po prostu ustalić, co jest trudniejsze lub bardziej wymagające. To tak, jakby porównywać czesanie się z myciem zębów. Można, ale po co?
Poznałam oba stany i wiem, że oba mają swoje zalety, wyzwania i wady. Osoba, ktora mówi, że bycie w domu jest łatwiejsze, najwyraźniej nie ma pojęcia o poczuciu uwiązania, o przytłoczeniu faktem, że nie da się wyrwać, wyjść, wziąć wolnego, rozchorować. Jest też ogrom pracy do wykonania w tym „domu”, planowanie posiłków, zakupów i spotkań, wizyt u lekarzy i innych prac, które potem trzeba wykonać i to najczęściej w ciągu jednej czy dwóch drzemek bobasa. Ale też ktoś, kto twierdzi, że łatwiej jest iść do pracy, nie rozumie chyba, co to pośpiech, kierat, życie „od weekendu do weekendu”. No i tęsknota za dzieckiem, świadomość, że dni mijają bezpowrotnie i że jeśli nie widzieliśmy pierwszego uśmiechu, kroczku, zjazdu ze zjeżdżalni… to już nie zobaczymy.
Nie zamierzam stawać po żadnej ze stron. Chociaż lubię konfrontację 🙂 Chciałam po prostu rzucić kilka myśli o siedzeniu w domu… Może okażą się przydatne. W tym matczynym dniu pochylmy się więc na chwilę nad… siedzeniem w domu.
1. Ktoś, kto „siedzi w domu” bardzo rzadko w istocie „siedzi”. Zwłaszcza od momentu, kiedy dziecko rusza na podbój świata. A my za nim 🙂 Do tego spacery, zakupy, porządki… bardzo dużo ruchu. Momenty, kiedy można sobie usiąść i np. spokojnie dopić kawę to rzadkie rarytasy wśód codziennych aktywności. Już słyszę te protesty, że to uogólnienie, że każdy ma inaczej i różnie to bywa… No, ja w każdym razie ruszam się w ciągu dnia więcej, niż mój pracujący przy komputerze mąż. Ale to ja siedzę w domu, a on chodzi do pracy. Ciekawe, nie?
2. Siedzenie w domu można polubić, nawet jak nie jest się typem domatora. Domyślam się, że można je też znienawidzić. Kluczowe, jak to często bywa, jest NASTAWIENIE. Jeśli uznasz, że to jedyne takie wakacje od pracy, kieratu i korpo-pędu, że to jedyny taki czas, kiedy Twoje dziecko jest takie malutkie (i już nigdy nie będzie), to to będą najfajniejsze wakacje na świecie. Choć może nieco bardziej pracowite i nieprzespane, niż podczas zwykłego urlopu. Jeśli natomiast uwierzysz, że dom to więzienie, to nawet najpiękniejsze słońce podczas najbardziej błogiego spaceru, gdy dziecko śpi, a Ty masz w ręku nową książkę, drożdżówkę i kawę, nie zmienią Twojego postrzegania- że to nie spacer, a spacerniak, a Ty tu tkwisz uwięziona i życie Cię omija. Dobra wiadomość jest natomiast taka, że nastawienie można zmienić:)))
3. Ogromna pomoc, aby czas spędzony w domu nie był stracony to PLAN.
Dygresja. Zrozummy się dobrze. Ten czas NIE JEST stracony, bo jesteś z dzieckiem i jeśli jesteś z nim naprawdę, to to jest inwestycja w cały jego emocjonalny świat i rozwój: poczucie własnej wartości, akceptacji, bezpieczeństwa, tożsamości i przynależności. Ale też w zwyczajną radość dzieciństwa. W Waszą miłość i więź. Dla mnie to jest wartość nadrzędna i wystarczająca, aby zostać w domu. Ale skłamałabym mówiąc, że nie pragnie się czegoś jeszcze. Czegoś tak jakby dla siebie. I tu przydaje się PLAN.
Jeśli lubisz planować (ja lubię) to pomyśl, co przez ten czas, kiedy jesteś w domu, chciałabyś zrobić i najlepiej od razu to zapisz. Ja mam dwie listy- jedną krótkodystansową, na tydzień i drugą- na dłuższy dystans, czyli co chcę i mogę zrobić przed powrotem do pracy. Na krótkiej liście są codzienne, mniej lub bardziej atrakcyjne zajęcia jak zakupy, gotowanie, pranie, sprzątanie, spotkania, wyjścia, zadania specjalne. Lubię aktywność, więc dużym wyzwaniem jest dla mnie trzymanie się w ryzach i dbanie, by te plany były realistyczne. Realistycznie czyli maksymalnie kilka zadań dziennie. Lepsze to niż się potem frustrować, że lista taka długa, a tu „nic nie zrobione”. Na drugiej liście są sprawy poważniejsze i wymagające bardziej natężonej i systematycznej pracy. Skończyć urządzanie domu. Pokonać graciarnię w piwnicy. Pomyśleć nad rozkręceniem własnej firmy. Blog. Reaktywacja maszyny do szycia. Spisanie wspomnień Mojej Mamy. Powolutku, te zadania napełniają się treścią. A ja dzięki temu czuję, że będąc w domu zrobiłam i robię coś większego, niż tylko „posprzątałam, ugotowałam, uprałam”. Pracodawcy potem pytają: co Pani robiła w czasie tej przerwy na dziecko? Jakby bycie z dzieckiem to było za mało! NIE JEST za mało, ale śmiało, pytajcie, mam już kilka innych sukcesów 🙂
PS. Jeśli boisz się, że plan będzie gwoździem do trumny i ostatecznym zwycięstwem więzienia, to się nie bój;) To jest tylko kwestia nastawienia. Jeśli dasz sobie prawo do elastyczności i korekt, to nawet najbardziej drobiazgowy plan nie spowoduje, że stracisz coś ze swojej spontaniczności. Wiem coś o tym 🙂 Ale też zbyt dużo korekt może być znakiem, że plan jest zły, a ty zamiast działać, miotasz się i migasz od roboty. O tym też coś wiem. Najlepiej pomoże wtedy Arystotelesik: złoty środek:)
4. Ile znacie Mam, które będąc w domu założyły bloga i … nie wróciły do pracy, bo rozwinęły skrzydła w zupełnie inną stronę? Nic dziwnego, bo będąc w domu paradoksalnie głowa jest wolniejsza, aby myśleć o rzeczach sympatycznych. W pracy oddajesz swój mózg na 8 h do rozmyślań firmowych i często rozmyślania te włażą na Twój pozostały czas, gdy wracasz z pracy albo opowiadasz, jak Ci minął dzień. Myślami ciągle jesteś w pracy. To dlatego mówimy „nie mam do tego głowy”. Ale w domu… sprzątasz, ale głowa wolna, idziesz na spacer, gotujesz, przewijasz dziecko, a główka pracuje. A wieczorem… siup! Scrapbooking, szycie, pisanie, fotografia, urządzanie wnętrz. To jest tylko kilka perełek, które walały się u mnie w domu. Ciekawa jestem, jakie znajdziesz u siebie?
5. Jak siedzenie w domu, to musi być i RODZINA. Nagle mam czas, żeby więcej pobyć z Mamą. Albo chociaż zadzwonić. Nie muszę odkładać nic na weekend, mogę przyjść jutro, pasuje Ci? Oczywiście, to, że ja nie chodzę do pracy nie oznacza, że inni też przestali. W takim razie przyjdźcie po pracy, zrobię coś do jedzenia. Wpadniecie?
Wpadnijcie:) Siedzenie w domu jest spoko 😉
Jest spoko!!!
No naprawdę jest spoko :))))
Ból duszy
Boli mnie w środku. Chyba serce. Smutek zalewa mi oczy i nie umiem się z tego otrząsnąć. Choć to już prawie rok. Znajomy sportowiec powtarza, że jak mięsień boli, to znaczy, że rośnie. Kardiolog mówi, że serce to mięsień. I że nie boli.
A mnie boli w środku. Chyba serce.
Chyba rośnie, bo czuję iskierkę nadziei.
Ludzkie problemy, ludzkie skarby…
-Czy są takie dni, kiedy nikt Was nie odwiedza? – spytała z uśmiechem i lekkim niedowierzaniem.
Hmmm… pomyślmy…no, pewnie są, ale ostatnio faktycznie prawie codziennie ktoś u nas jest… a jak nie, to idziemy odwiedzić moją Mamę… albo kogoś innego…
Zaczęłam się zastanawiać, czy to dobrze…
– No bo przecież macie swoje problemy…
– No tak, ale one nie znikną, gdy zamkniemy drzwi. Będziemy wtedy z nimi sami, one urosną i okradną nas z radości. Bo problemy to złodzieje i kłamcy. Starają się wmówić Ci, że masz najgorzej, jesteś najbiedniejszy i wszyscy powinni użalać się nad Tobą i Ci współczuć. Że nic się nie da zrobić. I że jesteś sam.
Takie są ludzkie problemy i ludzie-problemy. Zawsze mają najciężej, możesz być chory, ale oni są bardziej chorzy. Możesz umierać, ale oni umierają bardziej, możesz być smutny i wyczerpany, ale oni to dopiero są przenajamutniejsi!!! Co by się nie działo, zawsze mają gorzej i za wszelką cenę kierują ten malutki reflektorek uwagi w rozmowie na siebie. Ja, mnie, siebie, sobie. Na mnie patrz, mnie słuchaj. Ja jestem ważny! Ja, ja, ja! Tak, to są ludzie problemy. Ale są też ludzkie skarby. Nie mówią za dużo o sobie. Ot, tyle, co trzeba. Z umiarem i z taktem. Potrafią słuchać. Potrafią się śmiać. Mają dom i serca otwarte. Mają też swoje problemy. Ale potrafią się na nich nie skupiać i dzięki temu, widzą szerzej. Widzą Ciebie. To są ludzie-skarby. Wymierający gatunek, który trzeba kochać, chronić i naśladować 🙂 Dzisiejsze popołudnie spędziliśmy z takimi właśnie skarbami. Mieć Was blisko kochani-to skarb!










