MARZENIA. Domowy budżet dla poszukujących #2

CAM01096

Zaczynamy z przygodę finansami. Dziś będzie łatwo i przyjemnie. Potem nie mogę już tego obiecać. Ale dziś zanurzymy się w marzeniach. W tym, za czym tęsknisz i czego pragniesz. Marzenia czyli cele. Każde zarządzanie zaczyna się od celów i z finansami jest oczywiście tak samo. Czytaj dalej „MARZENIA. Domowy budżet dla poszukujących #2”

Na co mnie stać? Domowy budżet dla poszukujących #1

IMG_20171230_104744.jpg

Często w rozmowach ze znajomymi pojawia się chcąc nie chcąc kwestia pieniędzy. Nie lubię o tym rozmawiać, choć temat zarządzania finansami to mój absolutny konik. Ale w rozmowach zwykle dość szybko pada stwierdzenie, że pieniędzy jest wiecznie za mało, że kogoś na coś nie stać. I to ciche, niewypowiedziane westchnienie kierowane do mnie, gdy mówię o naszym życiu, o prywatnym przedszkolu Miśki lub o własnym mieszkaniu: „ale Wam dobrze, super że macie takie możliwości…”. Czytaj dalej „Na co mnie stać? Domowy budżet dla poszukujących #1”

PROSZĘ NIE TRAĆ (MOJEGO) CZASU czyli dlaczego tak często nie odbieram telefonów…

Ostatnimi czasy często myślę o efektywności i tak zwanym zarządzaniu czasem. Bardzo dużo pracuję, stosunkowo niedużo śpię, nie odpoczywam prawie w ogóle. To ostatnie jest oczywiście niehigieniczne i z gruntu nieefektywne, ale jak trzeba to trzeba i na krótki czas można chyba włączyć taki tryb. Czytaj dalej „PROSZĘ NIE TRAĆ (MOJEGO) CZASU czyli dlaczego tak często nie odbieram telefonów…”

DLACZEGO SKANDYNAWIA?!!!

Ostatnio zapytano mnie „dlaczego Skandynawia?” Jak to dlaczego?!!!!

Bo jest cudowna, piękna, głęboka, mądra, nietuzinkowa i… moja!!! Ale zabrzmiało to płytko i banalnie.

Jak to wypowiedzieć? Od czego zacząć? Skoro nie da się tego opisać, to czy to miłość? Nie możemy być razem. Nie tak dużo, jak bym chciała. Tęsknię okropnie. I szukam jej bliskości tu, gdzie jestem, gdzie mogę. Może jednak da się opisać tę miłość? Och tak, mogłabym opowiadać bez końca, zachwycać się i ciągle znajdywać nowe powody do zachwytu.

Znalazłam ostatnio taki nowy powód w Warszawie. Nazywa się NABO. Urocze, zaciszne, niemal sąsiedzkie miejsce na Sadybie, gdzie pysznie zjesz bez konieczności chowania dzieci pod stół lub do torebki. Klimat Scandic odtworzony, czy raczej stworzony naprawdę w dobrym guście. Brawo!!! Więcej takich:))))

A o innych powodach napiszę niedługo. Nie będzie krótko. Nie da się krótko;))))))))

Trawy na wietrze

To, co dziś tak strasznie zaprząta mi głowę, za rok nie będzie miało żadnego znaczenia. Przynajmniej większość z tych spraw. Te, które faktycznie są i będą ważne, mam albo ogarnięte… albo nie mam już na nie wpływu. Przestaję się miotać, łapię oddech i dystans. Nie okradam się z sił na dziś zamartwiając się o jutro. Dużo planuję, dzięki czemu widzę, co mogę, czego nie mogę, czego nie muszę. Jeszcze długa droga przede mną, trzeba mądrze rozkładać siły…

img_20171230_1100121208693677.jpg

Przebiegłość

Szósta rano. Robaki wstały. Czy muszę dodawać, że jest sobota? No, oczywiscie, że sobota! W tygodniu to i młotem pneumatycznym nie obudzisz… wołami z łóżka nie wyciągniesz… No więc wstały, wstały głodne i biegają po nas niemiłosiernie. Misia teatralnym szeptem pyta, czy mogą z Myszką wziąć sobie po jednym chlebku. Myszka wtóruje wdzięcznie „Am, am!” Nie, no, humanitarnie bardzo. Same wezmą, nie muszę wydłubywać się z łóżka, spod milusiej cieplusiej kołderki na chłody i mrozy października… Muszę tylko klepnąć apruwala. Klepię. Wiadomo, zgodzę sie na wszystko, byle tylko ocalić choć kilka minut pseudosnu. Ale nawet pseudosen ma swój kres. Po wstaniu kieruję senne kroki do kuchni.

– Mamusiu, zjadłyśmy z Hanią wszystkie chlebki!!!

Misia jest wyraźnie uradowana i dumna, że tak zaradnie ogarnęła temat. Dziecko Montessori, nie ma co. Patrzę na Misię, na chlebak, znowu na Misię. Niedowierzam lekko, ale jednak tak, to prawda. Zhakowaly mi śniadanie łobuzy.

W sobotę wieczorem biorę się na sposób. Chowam chrupkie chlebki do tajemnej szafki. Ha! Przebiegłość:))) Niedzielny poranek bez paszy dla sępów, to i bez pseudosnu dla matki.

Wstaję. Sennie człapię do kuchni. Tup, tup, tup. Wesoły truchcik biegnie tuż obok.

– Mamusiu!!! Skończył się chrupki chlebek!!!

– Nie skończył się, Misiu, tylko go schowałam w tajemne miejsce, żebyście go znowu z Myszką nie wyżarły…

Misia podchodzi do tajemnej szafki i z właściwym sobie szelmoskim uśmiechem odpowiada.

– Nie schowałaś, Mamusiu, zobacz, tutaj jest!!!

Przebiegłość…

???!!!

Nie jestem idealną mamą. Wkurzam się i tracę cierpliwość. Bywam zmęczona, czasem po prostu mi się nie chce i mam dość. Ale co trzeba mieć w głowie, żeby wyrzucić noworodka przez okno? Nie zrozumiem tego nigdy…