
Znowu klecę. Choć w tym roku przychodzi mi to nieco trudniej, niż za pierwszym razem. Może zmęczenie, może jakiś rodzaj wypalenia, a może skwapliwie korzystam z faktu, że myszki są dwie i w większości samozabawne…

Znowu klecę. Choć w tym roku przychodzi mi to nieco trudniej, niż za pierwszym razem. Może zmęczenie, może jakiś rodzaj wypalenia, a może skwapliwie korzystam z faktu, że myszki są dwie i w większości samozabawne…

Kocham drewno. Jego plastyczną i prawie nieograniczoną naturę, która poddaje się moim dłoniom, jeśli tylko podchodzę do niego z należytym spokojem i cierpliwością. Czytaj dalej „STOŁEK”
Czytam biografię Tove Janson. Rodzinna indywidualistka. Niemożliwe? Och, ja się czuję dokładnie tak samo! Została rysowniczką, bo od małego widziała, jak Mama rysuje. Ale chciała też pisać. Proces tworzenia najczęściej nazywała kleceniem. Choć traktowała go bardzo poważnie.
No to ja też klecę, po swojemu. Klecę dom i baśniowe dzieciństwo Misi. Pierwsza galeryjka w jej pokoiku to będą postacie z Doliny Mumików. Na działce wymyślam i tworzę nam na strychu przytulne gniazdko. Skromne, czyste i (co daj Boże) ładne. Bo otoczenie jest ważne. Nie musi być nowe i drogie. Wystarczy, że będzie czyste, zadbane i ładne. Więc klecę. Staram się wlać nowe życie w stare, niechciane szafki, półki i lampki. Bardzo dużo pracuję. Ale też wcinam z Misią poziomki i odkrywam, jak zajmujące może być stare kretowisko albo ułożony przez Tatę stosik porąbanych szczapek. I jestem myślami w Dolinie Muminków. W atmosferze akceptacji, bezpieczeństwa i przynależności pomimo inności. Wspominam moją działkę w Izabelinie. W jej miejscu stoi teraz nowoczesne osiedle, więc fizycznie to miejsce już nie istnieje. Ale w mojej pamięci wszystko się zachowało. Jest brama, na ktorej uwielbialiśmy się huśtać i wokół której rosło mnóstwo poziomek. Zrywaliśmy je od razu po wyjściu z samochodu. I to była prawdziwa inauguracja lata. Jest biało brązowy dom z dwoma piwnicami, do których uwielbiałam nurkować, podając Mamie słoiki pełne truskawek i wiśni. Jest strych pełen strasznych staroci i ciocinych obrazów na płótnie. Jest zielona pompa z wajhą i warsztat Taty. Jest piaskownica, nasz mały dtewniany domek i konik z łbem ze starego korzenia. Jest miejsce na hamak i huśtawkę, moją ukochaną staruszkę, która teraz z Misią przeżywa drugą młodość. Jest Tata, który majstruje coś w warsztacie albo robi nam zdjęcia. Jest Mama, która rano przywozi na rowerze mleko w blaszanych kankach, a potem szykuje nam jajecznicę na kurkach i kakao. My tymczasem lepimy pierniki z cynamonu, mąki i… piachu 🙂 Łazimy po drzewach, biegamy, wariujemy i odwiedzamy wszystkie stare kąty. Jest ogródek, który Mama stworzyła specjalnie dla nas, żebyśmy miały zdrowe, swojskie marcheweczki i ziemniaczki. Wkrótce jednak nic z ogródka nie zostało, oprócz niewysokiego płotka i paru krzewów czerwonych i czarnych porzeczek. I tylko wszyscy pytali, czemu ten trawnik jest ogrodzony?
Nie mam talentu do upraw chyba jeszcze bardziej niż Mama. Nie założę dla Misi przydomowego ogródka z ekomarchewką nawożoną własnym kompostem. Ale zamierzam stworzyć jej dzieciństwo pełne domowych i leśnych zapachów, pełne bajkowych obrazów i ciepłych, kojących wspomnień. Pełne przygód i tajemnic. Pełne przyjaznych twarzy i szczerych uśmiechów tych, którzy ją kochają. Widzę już, że trzeba o to dbać cały czas. Bo ona tak szybko rośnie i to, co ciekawe zmienia się i rośnie razem z nią. Ale atmosfera domu trwa. Więc klecę. W nadziei, że będzie pamiętać.