Nie żebym była jakimś wielkim znawcą. Czy chociażby fanką… Ale wygląda na to, że Wysoka Komisja dostrzegła to, co my, zwykli ludkowie wiemy od dawna: że PIOSENKI SĄ WAŻNE :))))))
Dlatego dziś ilustracja muzyczna. „A moje wiersze spal…”
Nie żebym była jakimś wielkim znawcą. Czy chociażby fanką… Ale wygląda na to, że Wysoka Komisja dostrzegła to, co my, zwykli ludkowie wiemy od dawna: że PIOSENKI SĄ WAŻNE :))))))
Dlatego dziś ilustracja muzyczna. „A moje wiersze spal…”

Mam wielkie plany. I ambitne. I marzenia, których może nie zdążę zrealizować, tyle ich jest. Nie boję się i nie frustruję. Nie jestem tam i tam, nie robię tego czy tamtego, tu przytyłam, a to i tamto straciłam… Ale to nic. Nie jestem płytka i ograniczona. Nie zadowala mnie byle co. Wymagam potwornie dużo i od siebie i od otoczenia i od życia. Musi być super! A jak nie jest to nic, dalej się staram. Mama nauczyła mnie mnóstwa rzeczy, w tym perfekcjonizmu i żeby umieć cieszyć się z małych rzeczy. Kombinacja tych dwóch cech powoduje, że pragnę ideału, a jednocześnie wystarczy mi to, co mam. W ciągu dnia tysiąc drobiazgów powoduje, że jestem szczęśliwa. Zatrzymuję te momenty i robię im w sercu fotki. Często myślę o śmierci. Zwłaszcza ostatnio. Co zostawię? Co zapamiętam i czy będę mogła to zabrać ze sobą? Minki moich córeczek, ich uśmiechy i uśmieszki, postępy i postępki. To, jak mnie kochają. Śmieszne pytania i mądrości Misi, która odkrywa świat i chce, żebym była przy niej. Drzewa kołyszące się na wietrze. Widok jeziora tuż przed świtem. Promienie słońca iskrzące się we włosach Misi. Moment, kiedy biorę prysznic i odpływam, a woda łagodnie spływa mi po grzbiecie. Nasze spokojne wieczory na werandzie. Blask świec. To, że mój telefon działa i nie muszę go wymieniać. Łyk kawy. Widok mojej Mamy, gdy bawi się z Misią albo m,a w ramionach Myszkę. Jazda na rowerze. Chwila, gdy wsiadamy do samochodu i ruszamy, zostawiając cały popłoch związany z wyjściem z domu, a przed nami jest droga i rozmowa, na którą mamy czas. Smak czekolady. Mnóstwo smaków. Widok dziewczynek, kiedy śpią. Uczucie, gdy coś mi się uda. Nie coś wielkiego. Zwykle drobiazg. Obiad? Ogarnięta szuflada? Odnowiona staroć? Jakiś mały punkcik z mojej codziennej listy spraw, który mogę wykreślić, a endorfinki biegną prosto do serca. Nic wielkiego, ale gdy dodam te „punkciki” czuję się spełniona i szczęśliwa. Marzę o dużej stolarni, ze wszystkimi tymi narzędziami, ogromnym blatem roboczym na kozłach, dobrym światłem i własną lakiernią. I że umiem to wszystko obsługiwać, zaprojektować co tylko chcę, a potem to wykonać. A na razie mamy szopę, odgraconą, ale wciąż ciasną, z jedną żarówką, cieknącym dachem, stołem o zbutwiałych nogach i amatorskimi narzędziami „za stówkę”, które musimy przywozić, wywozić, pakowwać do pudeł i rozpakowywać i tak w kółko. I co? I jestem szczęśliwa!
Siedzę w autobusie. Na przeciwko pan żuje gumę. Widać gumę, gardło, wszystkie zęby i prawie wszystkie bebechy. Mlaska i cmoka. I kląska. Może to nie pan tylko krowa? Obok pan ciągnie pryszcza. Wyraz twarzy skupiony. Udało się. Sukcesik. Więc ciągnie i gniecie następnego. Świnia? Przesiadam się. Widzę tę scenę z „Dnia świra”. A że niewygodnie. A że przy oknie. A że koło prosiaka. No to mam za swoje: dosiada sie pańcia. Rozmawia przez telefon. Pełnym głosem. Autobus trzęsie i buczy. Głośniej musi mówić. Nie, ona musi krzyczeć. Ale czy ja muszę tego słuchać? No muszę, drugi raz się przecież nie przesiądę, bo naprawdę wyjdę na świra. Tipsów nie da się zmyć zwykłym zmywaczem. Te botki co kupiła to zupełnie niewygodne. Zwróci. Metkę zachowała. Że noszone? Umyje… Moje mniej lub bardziej ukradkowe spojrzenia nie pomagają. Wychodzę! Wychodzę na świra. Ale czy na pewno ja?
Od miesiąca rozmyślałam, czytałam, podpatrywałam i gromadziłam. Nazwoziłam masę różnistych różności. Słoiczki tak zwanych kreatywnych i sensorycznych dóbr wszelkiej maści. Opakowania, miseczki, pudełka. Trochę spożywki (kasze, ryż, fasola, mąka ziemniaczana i pszenna, sól i makaron). I trochę chemii: płyn do zmywania, gliceryna, pianka do golenia i soda. Jeszcze wstążki, sznurek, klej, farby, kartki, papierowe talerzyki i kubeczki. Resztę zapewnia nam las: szyszki, patyki, igły, jagody, piasek, liście i oczywiście DYWAN, którego nie muszę zamiatać. Bałam się, że będzie bolało. Że będę się musiała poświęcać i udawać zaangażowanie. No i będę się musiała pobrudzić!!! A tu niespodzianka!!! Czekam na te nasze cudakowe zabawy nie mniej niecierpliwie niż Misia. Nie nudzę się i nie poświęcam. Razem wymyślamy, tworzymy, burzymy. Jest dynamicznie, bo Misia szybko się nudzi, ale przez to i ja muszę nakłonić wyobraźnię do sprawniejszego działania. Jest bardzo fajnie. To prawda, że muszę wymyślić, co będziemy robiły i jak. Choć tak naprawdę, to muszę tylko zacząć, pokazać, zachęcić, nakierować. To prawda, że jest przy tym więcej sprzątania (i prania). Czasem trzeba się przebrać, bo wszystko przemoczone i zapaćkane. To prawda, że czasem po długich minutach szykowania, wyciągania i miksturowania, Misia przelotem rzuca okiem, coś tam na szybko podłapie i zaraz biegnie szukać innych wrażeń. Ale to mnie jeszcze bardziej motywuje, żeby zastanawiać się, co się JEJ spodoba, co JĄ zainteresuje i wciągnie, jak ONA najbardziej lubi się bawić. I to sprawia, że uczę się mojej córeczki w całkiem nowy sposób. Poznaję ją, a ona poznaje mnie. Zabawa zmierza w nowe, nieplanowane wcześniej rejony. Ale to nieważne. Grunt, że jesteśmy razem.
Dziadku, myślę o Tobie…. Dziękuję, że za nas walczyłeś. Szkoda, że nie zdążyliśmy się poznać. Mam nadzieję, że byłbyś ze mnie tak samo dumny jak ja z Ciebie. Nie znałam Cię, ale bardzo mi Ciebie brakuje. Zwłaszcza w takie dni jak dziś. Odziedziczyłam po Tobie dumę, upór i przekonanie, że honor jest ważny. Choć czasem tak trudno mi wierzyć, że czas honoru nie odszedł razem z Tobą…

Przyjemne nie zawsze jest pożyteczne. A pożyteczne zwykle nie jest zbyt przyjemne. Porządki są pożyteczne, ale zżerają czas na przyjemne. Czas się nie rozmnoży. Można polubić porządki do tego stopnia, aby stały się przyjemne. Ale to nie załatwia kwestii odpoczynku, czystej przyjemności i czasu dla najbliższych. Więc trzeba zredukować pożyteczne czyli mniej sprzątać. Aby mniej sprzątać trzeba mniej mieć. Jeszcze mniej. I przestać chomikować. I ciągle pilnować, aby ten mały chomiczek w sercu i w głowie nie odradzał się jak feniks. Odkrywam, że ważną pożywką chomiczka jest przeświadczenie, że jesteśmy nie dość zamożni. Specjalnie piszę, że to „przeświadczenie”. Bo ono jest bardzo często bardzo luźno związane z faktami o naszych finansach. Choć zarabiamy już nieźle, mamy co trzeba, udaje się zaoszczędzić, to nadal wszystko gromadzimy. Przecież „tylko bida się nie przyda”. Otóż nie! Ostatnie miesiące trochę nas finansowo przeciągnęły i to znalazło odzwierciedlenie w naszych szafkach i szufladach: więcej … wszystkiego. Paradoks: im mniej kasy tym więcej dobra wszelkiej maści. Ale czy na pewno dobra? Postanowiłam rzucić sobie wyzwanie i nas uwolnić od nadmiaru „wszystkiego”. Nie dlatego, że już nas stać i w razie czego sobie odkupimy, ale dlatego, że tego NIE POTRZEBUJEMY. A skoro nie potrzebujemy, to nie wywieziemy na działkę, nie zaniesiemy do piwnicy, nie upchniemy w pawlaczu. Pozbędziemy się kategorycznie i ostatecznie. I nie, nie odkupimy. Wyzwanie polega na tym, że dopadnę każdą szafeczkę, szufladę i półkę i do samiutkiego dna bezlitośnie, w myśl zasady „3P”, zredukuję zachomikowane złoża. A przy okazji wszystko gruntownie wysprzątam;) Wczoraj pokonałam biurko i naprawdę trudno opisać przyjemność, z jaką siadam teraz do komputera. Na resztę domu daję sobie czas do gwiazdki. Świąteczne porządki czas start! Do dna!