Trudne rozmowy nie muszą być miłe, łatwe i przyjemne. I zwykle oczywiście nie są. A my i tak uparcie chcemy je ugrzecznić, umilić i uprzyjemnić. Rozwadniając przekaz.
Nie chodzi o to, żeby sobie skakać do gardeł, wykrzykując wszystkie gorzkie żale. Ale trudna rozmowa ma zupełnie inny cel, niż żeby „było miło”. Czasem celem jest rozwój. Wtedy, co oczywiste, musi boleć, bo rozwój to bardzo często ból – niewygodnie, upadek, wysiłek, błąd, pomyłka, niepewność, przekraczanie granic, zakwasy. Czasem celem jest jakiś rodzaj porozumienia, zrozumienia. Tu dopiero jest ból. To tak, jakby zbliżały się do siebie dwa jeże. Im bliżej, tym bardziej kłuje.
Mam za sobą taką rozmowę. To była rozmowa kończąca współpracę, to ja dałam wypo.
Tej rozmowy miało nie być, ale strona „kończona” poprosiła o feedback.
Zawsze traktuję feedback jako dar: coś, co pomoże się poprawić, rozwinąć, zoptymalizować. Nie każdemu daję prawo by dawał mi feedback. Sama, oprócz sytuacji zawodowych, daję feedback bardzo rzadko – właśnie dlatego, ze mój czas i „namysł” ma swoją cenę. Nie rzucam pereł przed wieprze. W biznesie za analizy „co możemy robić lepiej”, badania satysfakcji i audyty jakości słono się płaci. Nie daję tego ludziom, którzy nie chcą słuchać.
Ale jest jeszcze jeden powód. Zgodnie z badaniami, praktycznie jedyny feedback, który przyjmujemy to ten, o który sami prosimy. To po prostu trzeba CHCIEĆ usłyszeć.
Przygotowałam się. Do feedbacku ZAWSZE należy się przygotować, niezależnie od tego, czy dajesz czy przyjmujesz. Zastanowiłam się, co chcę uzyskać. Co chcę powiedzieć. W jakiej kolejności. Co mogę usłyszeć. Sprawdziłam co czuję. Na ile mam siłę. Na co się nie zgodzę.
Powiedziałam więcej niż planowałam, bo była duża otwartość i prawdziwa CHĘĆ usłyszenia. Przyjęłam więcej niż planowałam, bo nie słyszałam oskarżeń i wbijania w poczucie winy, a subiektywną perspektywę obserwatora z zewnątrz, która wydała mi się sprawiedliwa. Jako strona „kończąca” też mogę coś wyciągnąć z tej sytuacji.
Nie było łatwo ani przyjemnie, ale to była dobra rozmowa. Żegnamy się spokojnie, w zrozumieniu, że jesteśmy różni. Może zbyt różni, aby dalej razem iść, ale nadal dostatecznie podobni i „człowieczy”, by zachować uprzejmość i życzliwość, by nie zakładać złej woli, chęci krzywdy, by nie trzymać urazy.
Nie zawsze jest tak cukierkowo. Dużo zależy od tej drugiej strony. Zawsze warto zadbać o to, na co TY masz wpływ.
Tutaj pomogło:
– przygotowanie
– merytoryczne argumenty, konkret
– mówienie o sobie i swoim doświadczeniu zamiast oskarżeń (słynny komunikat JA)
– otwartość na zmianę, chęć usłyszenia, co mogę robić inaczej
– zgoda, że moja perspektywa, to „tylko” moja perspektywa, a nie prawda objawiona i ostateczna wersja rzeczywistości
– docenienie tego, co było dobre
– pokora, przyznanie się do błędu
– wzajemność feedbacku (a nie jednostronność)
– spokój, przerobienie tych emocji przed rozmową (i po)
– moj Mąż ♥️
Mięsień jak boli znaczy, że rośnie. Ja dziś trochę urosłam w środku, i chyba rosnę nadal, bo nadal trochę boli.
Owocnych rozmów Wam życzę. Dajcie znać co dla Was jest najtrudniejsze.
