
Moja mała dziewczynka poszła do pierwszej klasy. Wczoraj była na pierwszej szkolnej wycieczce. Pierwsza klasa, pierwsza podróż autokarem. Nowa pani, nowe dzieci, nowe wszystko.
Radosne wyczekiwanie i ekscytacja mieszają się z niepewnością jak to będzie. Bała się, ale zrobiła to. Wsiadła do autobusu.
Jestem taka dumna!!! Wiem, że wspaniale sobie poradzi. Cieszę się na te wszystkie nowe przygody, przyjaźnie, przeżycia.
I jest też nostalgia… Za czasem, który nie wróci. Za etapami, które są już za nami. Jest smutek, łzy, a chwilami nawet fizyczny ból.
Znajomy sportowiec powiedział mi kiedyś, że mięsień jak boli to znaczy, że rośnie. A serce to przecież mięsień… A więc znowu rośnie, znowu boli…
„Making the decision to have a child is momentous. It is to decide forever to have your heart go walking around outside your body.”
– Elizabeth Stone
Przeczytałam to kiedyś na samym początku swojego macierzyństwa i płakałam przez dwa dni. Wtedy przeczuwałam, a teraz, dzieląc się ze światem moją pierwszoklasistką zaczynam to czuć naprawdę.
Jest w tym mnóstwo szczęscia, spokój, duma, radosne oczekiwanie, akceptacja, że to naturalny kolejny etap.
I jednocześnie boli niesamowicie.
Moje serce, które biegnie koło mnie…
