Przytulić zadziorę

Staram się nie porównywać. Już tyle razy przekonałam się, że to jest bez sensu…

Jesteśmy tacy różni. Tak różne piszemy książki, a w nich… różne rozdziały.

A jednak… Raz na jakiś czas, w słabszych momentach, gdy do głosu dochodzi zwątpienie i strach, zaczynam się rozglądać wokół i porównywać. I bać… Że takie stanowiska mają i tytuły, takie ciuchy, takie samochody i domy… Takie wakacje i międzynarodowe kursy pokończone… Że tak odpowiedzialnie na korpo-etacie… Że dzieci takie grzeczne i ciche… Że makeup nawet w sobotę rano (przed basenem). Że obiad trzydaniowy z przystawkami i deserem. Że…

Czasem nawet wpełzam na te tory. I pełznę… Bo nie da się tego inaczej nazwać. Niewygodnie i sucho… toczę się z wielką ludzką falą, z prądem, tak, jak trzeba, jak inni.

I tonę.

Tonąc przypominam sobie, że ja nie jestem inni. Że ja jestem Zadziora i zawsze tak było.

Niewygodna, konfrontująca i szczera. Niepoprawna politycznie, mówiąca jak jest… bez ściemy i wybielaczy. Podważająca status quo. Zadająca pytania, szukająca zmiany, ciągle nienasycona naprawiaczka świata.

W ubiegły weekend mój coach (♥️) pomógł mi zobaczyć jedną rzecz: wszystkie moje momenty mocy, moje sukcesy i przełomy są związane z chodzeniem pod prąd. Ba! One WYNIKAJĄ z chodzenia pod prąd! To Zadziora zdobyła te szczyty.

Gdy pełznę za innymi nie osiągam nic i umieram. Więc moje staroroczne postanowienie to PRZYTULIĆ ZADZIORĘ. Zaakceptować (nareszcie?), że ja nie jestem jak inni. I nie chcę być. Jestem Zadziora i moja droga biegnie w poprzek innych utartych, bezpiecznych dróg. Nadal jest mi strasznie niewygodnie, ale przynajmniej oddycham. Płynę. I płonę. I czuję, że żyję!

Jedna myśl na temat “Przytulić zadziorę

Dodaj komentarz