Wróciłam do pracy. Wiele rzeczy w naszym nowym życiu mnie zaskoczyło. W niektórych obszarach jest lepiej niż sądziłam, że będzie. Ale najdziwniejsze jest to, co okazało się największym wyzwaniem…

Mam na myśli codziennie staranie, aby „zdążyć” dziewczynki wyprzytulać. Podobno potrzebujemy czterech przytuleń, aby w ogóle żyć. Do zdrowia potrzebujemy ośmiu. I aż (tylko?) dwunastu, aby harmonijnie się rozwijać.
Nasz wspólny czas skurczył się, nie ma co ukrywać. I gdy wracam do domu mam tylko jeden priorytet: rodzinną bliskość. Aby czuły, że jestem obok. Że mi zależy. Że są ważne. Że jestem dla nich, z nimi, bezwarunkowo i blisko. I że tęskniłam. Nie liczę przytuleń, ale 12 to jakiś mój kierunek. Rozumiem, że jeden na powitanie i drugi na dobranoc, to nawet nie jest niezbędne minimum.
Więc dużo się przytulamy. I czasem się zastanawiam, kto tego bardziej potrzebuje: one czy ja?
