
Jesteśmy dalej w temacie oszczędzania i PRZEDMIOTÓW, ale dziś będzie nieco bardziej filozoficznie. I głębiej. Dziś piszę o tym, co drenuje nasz portfel z kasy, ale siedzi w naszej głowie, więc znacznie trudniej to wyjąć niż z szafki lub z lodówki.
Będziemy rozmawiać o zakupach i imperatywie kupowania. Bez sensu!
Posiadam więc jestem…
Jesteśmy w takiej dziwnej fazie transformacji, gdy po latach masowego nie posiadania zbyt wielu zbyt cennych rzeczy w PRL, stopniowo posiadanie stało się elementem statusu, szpanu i klasowej tożsamości. Markowe, drogie, obrandowane, najmodniejsze, must-have, dizajnerskie, nie-z-sieciówki, niepowtarzalne, premium, ekskluzywne, w trendach, sztos. Brzmi znajomo? Nie boję się powiedzieć, (bo widzę to na co dzień nawet w biedronce i lidlu!!!), że odbił nam kapitalizm i nagła możliwość posiadania… wszystkiego. No i do tego „konieczny” lans w mediach społecznościowych. Ja i mój samochód. Ja i mój kotlet. Ja i moje bikini. Ja i mój salon. Ja i mój jednorożec. Nie potrafimy się jako społeczeństwo w tym biegu po więcej zatrzymać. Nie potrafimy nie konkurować majątkami (majtkami???) i nie budować swojego ego na tym, co mamy. To lekcja, która cały czas jest przed nami.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko pięknym przedmiotom, ani przeciwko otaczaniu się tym co estetyczne i niebanalne. Natomiast nie podoba mi się materialny wyścig szczurów i ten nieustanny konkurs piękności. Kupowanie tylko po to, żeby błysnąć. Żeby gościom spadły majtki z wrażenia. To jest moim zdaniem strasznie słabe! Ale, ale… Nie jest aż tak źle i powoli odrabiamy naszą lekcję z (nie)posiadania. Powoli rośnie całkiem inny trend. Coraz więcej mówi się o minimalizmie i umiarze. Rozkwitła nam moda na szwedzkie LAGOM, japońskie IKIGAI i ogólny work-life balance. Choć i tu wdarł się już wyścig szczurów, tylko tym razem ścigamy się „kto ma mniej…”. Wariactwo. Ale o tym innym razem.
Zakupowa kompulsja
Dziś zdradzę wam mój najważniejszy oręż jeśli chodzi o domowy budżet. A brzmi on: NIE KUPUJ. Jak? Bardzo prosto: nie idź do sklepu. Porzuć to zakupoholiczne chodzenie na spacer do galerii handlowej czy marketu, żeby poprawić sobie nastrój i poczuć się lepiej. Zdradzę Ci jeszcze jeden sekret- to Ci na dłuższą metę nic nie poprawi. Ani stanu portfela, ani porządku w Twojej szafie ani porządku w Twojej głowie. Będziesz miał po prostu mniej kasy i kolejny „mebel” do odgracania… I te same problemy, które chciałeś „przełazić” w sklepie, by odwrócić swój wzrok od tego, co tak naprawdę Cię gniecie. Nie idź do sklepu. A jeśli już strasznie musisz śledzić trendy i nowinki (ja czasem muszę!), to idź sobie do sklepu POOGLĄDAĆ. Nie kupuj. Nie potrzebujesz tego. Nie musisz tego mieć. Nie musisz sobie nic tymi przedmiotami poprawiać, przedłużać ani udowadniać. Ani nikomu. A jeśli musisz, to popracuj raczej nad swoim środkiem. A do tego czasu – nie kupuj 🙂
Jak już kiedyś wspominałam, w wielu sprawach jesteśmy z M. ortodoksami. To znaczy, patrząc na średnią krajową nasza postawa wygląda skrajnie, choć mnie się ona wydaje całkiem normalna i zdrowa. Na przykład nie chodzimy do galerii handlowych. Ostatni raz byliśmy chyba ze 3 miesiące temu kupić córce kalosze. Duże zakupy spożywcze robimy raz na ok. 3 tygodnie przez Internet. Potem, w ciągu tygodnia, uzupełniamy tylko świeże owoce, warzywa, pieczywo i mięso. Kupujemy tylko tyle, ile zjemy. Do galerii handlowej idziemy w ostateczności, gdy mamy tam jakiś mega interes – najczęściej jest to sala zabaw lub lody 😉 Raz do roku dochodzi spotkanie z dostawcą Internetu lub prądu, żeby ponegocjować warunki i przedłużyć umowę. Wchodzimy, załatwiamy co trzeba i wychodzimy. Nie spacerujemy tam i nie zwiedzamy. I nie uczymy tego naszych dzieci. Naprawdę nie trzeba tam chodzić. Naprawdę las jest fajniejszy!
Uważaj, pokusa czyha!
No tak, ale są jeszcze zakupy w Internetach. Oj, są. Tu jest mi dużo trudniej. Przeglądam te śliczne strony wygodnie w zaciszu swego domeczku, mam czas, spokojnie porównuję. Czytam sobie opinie. Niespiesznie oglądam te wszystkie piękne zdjęcia, czytam fikuśne opisy, które mówią do moich emocji i potrzeb. I od czasu do czasu na coś zachoruję.
Na takie sytuacje mam jeszcze jedną tajną broń pt. zakupowa POCZEKALNIA. Lądują tu wszystkie rzeczy, na które zachorowałam. Podoba mi się. Och, strasznie mi się podoba!!! Ale czy za miesiąc też mi się będzie podobać? Czy nadal będzie mi tak strasznie potrzebne? Nie zdziwi Was na pewno, gdy powiem, że dużo rzeczy z poczekalni nigdy nie wchodzi na listę zakupów. Ot, odchorowałam je i mi przeszły. Ładne to było, ale nie pasowało mi do domu. Gdzie to postawię? Mam już chyba podobną bluzkę… Nic tak dobrze nie robi sprzedawcom jak tak zwane zakupy spontaniczne lub – lepsze słowo – impulsywne. Tak, tak. Impulsywne! Jesteśmy jak dzieci w sklepie z cukierkami. Jeszcze ten! I ten!!! I ten! Wszystko chcemy mieć. To dlatego przy kasie są te wszystkie drobne przekąski. To dlatego koszyk w sklepie internetowym podpowiada Ci ostatnio przeglądane produkty albo to, co do tej rzeczy dokupili inni. Sprzedawcy kuszą Cię i wabią. Liczą na spontan i na impuls. Nie daj się!
Planuj w oparciu o to, co masz…
Rodzajem poczekalni jest oczywiście LISTA ZAKUPÓW. Pisałam już o tym przy okazji JEDZENIA i ZAPASÓW. Sprawdzam, co mam, czego brakuje, a potem kartka i LISTA. To samo dotyczy wszystkich innych PRZEDMIOTÓW: kosmetyków, chemii gospodarczej, a nawet leków. Praktykujemy taki zwyczaj, że gdy idziemy do lekarza, to przed wizytą robimy spis leków z danej dziedziny (np. przeziębienie), żeby pokazać lekarzowi i spytać, czy coś z tego może się przydać do leczenia. Nauczyła mnie tego najmądrzejsza Pani Pediatra jaką znam, Pani Doktor Romanowska, pytając na każdej wizycie „co mamy w domu z leków” zanim wzięła się do wypisywania recept. Ta metoda jest genialna! Nie dość, że oszczędzasz kasę, bo nie kupujesz ciągle od nowa, to jeszcze nie rosną Ci w domu sterty porozpoczynanych leków, których nie dokończyłeś, bo inny lekarz przepisał co innego. A potem się przeterminowały i do kosza. A leki tanie nie są, wiadomo. Oczywiście, nic na siłę i jeśli nic z listy się lekarzowi nie spodoba, to luz. Ale wiecie co? Nie spotkałam się dotąd z jakimś oporem lekarzy, aby brać pod uwagę nasze zasoby. Wręcz przeciwnie, często przyznają, że to sprytny sposób i na następnej wizycie sami pytają „co mamy?”.
Zachcianeczki, błahosteczki, przyjemnostki, drobnostki…
Ciekawą odmianą listy zakupów jest LISTA PREZENTÓW. Och, to kontrowersyjny temat, wiem. Pisałam sporo o naszej polityce prezentowej i wywołało to w moim otoczeniu niezłą burzę. Na tyle dużą, że powstał aneks do pierwszego wpisu. Nadal się upieram, że lista prezentów, jak bardzo nieromantycznie by to nie brzmiało, jest jednak fajna. Zwłaszcza w czasach, gdy „wszyscy wszystko mają” i tak trudno jest trafić w czyjś gust i potrzeby. Mamy w kalendarzu średnio 5-8 okazji (Gwiazdka, urodziny, imieniny, dzień kobiet/mężczyzn, walentynki, Wielkanoc, Nowy Rok, rocznica ślubu/zaręczyn/Twoja Spersonalizowana Rocznica…). To oznacza, że średnio co 6-7 tygodni wpada Ci jakiś prezent. Albo kilka, jeśli zrobisz imprezę ;). Przy moim anty-materialnym podejściu to aż za dużo, dlatego np. w ogóle nie kupuję książek. Nie muszę. Te nieliczne, które chcę mieć, dostaję (zamawiam?), a pozostałe pożyczam. I luz. 30-40 zeta zostaje co miesiąc w kieszeni. A regał nadal oddycha.

Twój koszyk jest pusty
Czy naprawdę próbuję Cię zachęcić, abyś NIE CHODZIŁ/ NIE CHODZIŁA NA ZAKUPY? Tak! Mnie akurat to nie boli, ale wiem, że są tacy, którzy będą się na te słowa skręcać i wić jak węgorze. Spróbuj, co Ci szkodzi? Zmień przyzwyczajenie. Poszukaj alternatywy. Spaceruj po lesie albo po parku. Poczytaj książkę. Pojedź do części miasta, w której jeszcze nigdy nie byłeś. Odwiedź znajomych. Albo nieznajomych. Posiedź na balkonie. Idź wcześniej spać. Zadbaj o siebie w sposób, który Cię napełni, a nie jeszcze bardziej wyssie.
Trudno mi wycenić tę kategorię, bo w moim BUDŻECIE jej nie ma. Nie kupuję „impulsywnie” od lat, więc nawet nie wiem, ile można wydać na spontanie… No ale powiedzmy, że bardzo mocno uśredniając, wskutek braku opisanych powyżej dobrych praktyk (NIE-CHODZENIE-NA-ZAKUPY, POCZEKALNIA, LISTA ZAKUPÓW, LISTA PREZENTÓW) około 100 zł miesięcznie wylatuje nam z portfela bez wyraźnej potrzeby. Pewno nawet więcej, no ale już nie świrujmy.
100*12=1200 zł. Wow! MARZENIE właśnie dostało kolejny, solidny zastrzyk!!!
Ciekawa jestem, co o tym myślisz?
fikago

Jedna myśl na temat “Po co komu ZAKUPY? Domowy budżet dla poszukujących #7”