
Zaczynamy z przygodę finansami. Dziś będzie łatwo i przyjemnie. Potem nie mogę już tego obiecać. Ale dziś zanurzymy się w marzeniach. W tym, za czym tęsknisz i czego pragniesz. Marzenia czyli cele. Każde zarządzanie zaczyna się od celów i z finansami jest oczywiście tak samo.
Dobry cel
Na początek musisz mieć dobry cel. Taki, do którego tęsknisz i dla którego będziesz w stanie dużo poświęcić. Możliwe, że z czasem zrobi się naprawdę ciężko. I właśnie dlatego musisz mieć dobry cel. Dobry powód, aby móc rezygnować z wielu innych rzeczy, które prawie zawsze też są przyjemne, bardzo często bywają potrzebne, a niekiedy wydają się nawet ważne i pilne.. Ale jeśli nie realizują celu – sorry, robaczki, trzeba je odpuścić. Albo zredukować. Albo na jakiś czas wstawić do poczekalni.
No dobra. To jaki ten cel? Ano jaki chcesz!!! Ale na pewno musi być WAŻNY. Musi naprawdę płynąć z Ciebie i w Tobie cały czas siedzieć. Oczywiście powinien być SMART. Przede wszystkim konkretny, OSIĄGALNY i realny. Nie marzymy o rocznej wyprawie objazdowej do Stanów już za pół roku i … za grube tysiące, jeśli nasz budżet ledwo się dopina i to co możemy z niego maksymalnie wycisnąć to 200 złotych miesięcznie. To prawda, mówimy o marzeniu, ale ono nadal musi być osiągalne. Jak się uda, to przy następnym marzeniu możemy spróbować polatać wyżej i bardziej ambitnie. No i teraz najstraszniejsze: marzenie musi być określone w czasie i mierzalne czyli musi się dać je bardzo brutalnie WYCENIĆ w złotówkach na miesiąc lub rok. Innymi słowy: ile i od kiedy i przez jak długi czas będę potrzebować, żeby to się udało?
Przykład celu
Ponieważ przykłady mówią najlepiej, opowiem Wam o jednym moim ważnym celu-marzeniu, które odmieniło nasz budżet i nasze życie. Zawsze gdy myślałam o założeniu rodziny, moim marzeniem było móc spokojnie poświęcić dużo czasu dzieciom, zwłaszcza w tych pierwszych latach ich życia. SPOKOJNIE, czyli bez pośpiechu, bo pośpiech mnie dobija i nie mogę być spokojną Mamą wyluzowaną na kwiatku lotosu jak pędzę do pracy, wyjeżdżam w delegację, mam turbo ważne spotkanie albo tysiąc analiz na wczoraj i homeofiice… z maluchem na kolanie. Ja tak nie potrafię i całkowicie realnie podejrzewam, że to by nas wszystkich nerwowo wykończyło. DUŻO CZASU to dla mnie dużo więcej niż godzina wieczorem, gdy zrypana wchodzę o 18 do domu po całym dniu pracy… i prawie w tym samym momencie trzeba szykować kolację, kąpać się i spać… A jedyne, na co mam siłę, to spać NATYCHMIAST nie odzywając się do NIKOGO. Zrozumcie mnie – nie oceniam tego. Wiem, że niektórzy tak mają, niektórzy być może tak muszą, ale ja tak nie chciałam i nie chcę. Postanowiłam, że co innego jest dla mnie ważne i MUSI się znaleźć sposób i miejsce w budżecie, aby nasz model był inny, aby był naprawdę NASZ. Od razu wiedziałam, że po macierzyńskim (dzięki Bogu że wydłużono go do roku!) będę chciała zostać z maluchami w domu jeszcze przynajmniej rok. Zbroiliśmy się zatem do tego pomysłu jeszcze zanim pojawiły się urwisy. Tak jak pisałam już tutaj, założyliśmy, że będziemy potrzebować około połowę mojej dotychczasowej pensji i tyle staraliśmy się MIESIĘCZNIE odłożyć. Tak, dobrze policzyliście. Żeby to się udało, zaczęliśmy oszczędzać prawie rok przed porodem! W pierwszym okrążeniu, kontynuowaliśmy oszczędzanie jeszcze przez cały urlop macierzyński, choć już w mniejszym wymiarze. To był dość mocny szok dla nas i dla naszego budżetu, bo w tym samym momencie doszedł nam do stałych kosztów kredyt mieszkaniowy i nowe wydatki związane z większym mieszkaniem i remontem. Wcześniej nie byliśmy żadnymi krezusami, a być może po prostu nie mamy jakichś dzikich potrzeb i wydatków, ale zasadniczo starczało nam na większość normalnych spraw. Największą kategorią w naszym budżecie zawsze były podróże: narty, żagle, Tatry (min. 2 tygodnie:) no i Szwecja… Ten wdech finansowy trochę nas przeorał i z pewnością był wyzwaniem, ale od początku wiedzieliśmy PO CO to robimy i że na pewno warto!!! Wewnętrzne przekonanie i przywiązanie do marzenia pomagało nam przetrwać najgorsze momenty. Mówiąc bezdusznym językiem zarządzania, naszym celem był roczny urlop wychowawczy po rocznym urlopie macierzyńskim wyceniony na minimum pół mojej dotychczasowej pensji miesięcznie – przez 12 miesięcy. Ale udało się tylko dlatego, że myśleliśmy o tym cały czas w kategoriach marzenia. Od początku chodziło o bliskość z dziećmi, o zbudowanie ich poczucia bezpieczeństwa, tożsamości i przywiązania. O stworzenie spokojnego domu – przystani, bez pośpiechu, okołopracowych napięć, przemęczenia. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to się całkowicie udało i że spełniło się jedno z moich największych pragnień odnośnie wczesnego macierzyństwa. Bywało oczywiście różnie, bo decyzja o pozostaniu w domu bywa wyzwaniem nie tylko dla budżetu, ale dziś nie oddałabym tego czasu za nic. Moje dzieci nie będą już nigdy więcej takie malutkie. A to spokojne, niespieszne, zwyczajne i naturalne towarzyszenie im codziennie we wszystkich pierwszych kroczkach, postępach i postępkach napełniło nas bliskością, porozumieniem, poczuciem bezpieczeństwa i rodzinnej tożsamości w sposób absolutnie wyjątkowy. Za te tysiące cudownych wspomnień i więź, którą mamy teraz… czy wolałabym coś innego? I co by to miało być? Nowy samochód? Drogie buty? Torebki? Ciuchy? Jakieś wyjazdy? Większy dom? Serio? Nie, no, dla mnie w ogóle nie ma tematu 😉
Do czego potrzebny cel?
Dlaczego musimy mieć cel i to jeszcze taki „flagowy”. Dlaczego nie możemy oszczędzać po prostu, żeby „ogólnie mieć więcej pieniędzy”? A potem się pomyśli co z tą nadwyżką… Moim zdaniem najważniejsze powody, aby jednak ukierunkować swoje oszczędzanie są trzy.
Po pierwsze, KRYZYS. Obiecuję, że będą momenty bardzo trudne, kiedy jedyne, o czym będziesz marzyć, to obrabować bank albo po prostu wyłamać się z oszczędnościowego kieratu i kupić coś, co w obliczu trudności wygląda na nowy cel, taki teraz ważny i kluczowy. Wtedy jedynym, co Ci pomoże nie „przeksięgować” dotychczas zgromadzonych środków będzie głębokie przywiązanie do marzenia i świadomość, że ono jest jednak ważniejsze niż te przejściowe trudności. I że nie będzie tak zawsze. Ale TERAZ zbieramy dalej.
Po drugie, ZACHCIANKI I SŁABOŚCI. Człowiek taki nie jest, żeby nie poszukał sobie szybciutko jakiegoś zgrabnego wytłumaczenia, że przecież to, to, to i tamto jest takie miłe i w sumie niedrogie i jeszcze to i to. A to mi poprawi humor. I to bo to tylko 10 złotych. No nie przesadzajmy. No nie musi być chyba AŻ TAK szczelnie i bezwzględnie w tym budżecie? Hmmm… No, nie musi. Będzie tak, jak zdecydujesz. Ale to tak jak ze słodyczami. Konsekwencja sprawi, że Twoje efekty będą daleko lepsze. A słabości i zachcianki trzeba po prostu okiełznać. Będę jeszcze duuużo pisać w tym cyklu o tym, jak to zrobić. Najprostszy sposób „na dziś”, to podliczyć słabostki i wyskoki w skali miesiąca lub roku: np. dyszka tygodniowo da nieco ponad 500 rocznie. Możesz być o 500 zł bliżej swojego marzenia. Albo stanąć w miejscu z tym marzeniem lub się cofnąć… Czy naprawdę ta zachcianka jest taka potrzebna?
Po trzecie, PRZEJADANIE. Jeśli nie masz finansowego celu, na który regularnie odkładasz, to jest niestety w ludzkiej naturze taka cicha, ukryta tendencja, aby stopniowo przejadać bieżące środki, jak wiele by ich nie było. W miarę, jak będziesz luzował sobie finansowy pasek, twoje koszty niepostrzeżenie będą rosły i jeśli nad tym nie zapanujesz, sam nawet nie zauważysz na co poszły całkiem spore kwoty z okresów lepszej kondycji finansowej. Po prostu się wydało, przejadło i nie ma. Celowałeś donikąd, więc dotarłeś donikąd.
W drogę
Pomyśl raz jeszcze o swoich wartościach, priorytetach, potrzebach. Jakie marzenie zbudujesz z tych elementów? Czy masz ochotę w ciągu najbliższych kilku tygodni podejść razem ze mną bliżej do tego marzenia i zacząć je na serio tworzyć? Obiecuję, że będzie ciekawie, wyzwaniowo i trudno. Dowiesz się o sobie mnóstwa nowych rzeczy. Niektóre mogą Ci się nie spodobać. Mój radykalizm może Ci się nie spodobać. Będziesz czuć opór, obrzydzenie, nawet wstręt. Wtedy mocno przytul swoje marzenie i spróbuj zaufać mi i wytrzymać. Byłam tam. Przytulałam moje marzenia, bałam się i płakałam. A dziś mam pod pachą nowe marzenia i wchodzę tam znów – razem z Tobą. To co? Idziemy?

6 myśli na temat “MARZENIA. Domowy budżet dla poszukujących #2”