Siedzę w autobusie. Na przeciwko pan żuje gumę. Widać gumę, gardło, wszystkie zęby i prawie wszystkie bebechy. Mlaska i cmoka. I kląska. Może to nie pan tylko krowa? Obok pan ciągnie pryszcza. Wyraz twarzy skupiony. Udało się. Sukcesik. Więc ciągnie i gniecie następnego. Świnia? Przesiadam się. Widzę tę scenę z „Dnia świra”. A że niewygodnie. A że przy oknie. A że koło prosiaka. No to mam za swoje: dosiada sie pańcia. Rozmawia przez telefon. Pełnym głosem. Autobus trzęsie i buczy. Głośniej musi mówić. Nie, ona musi krzyczeć. Ale czy ja muszę tego słuchać? No muszę, drugi raz się przecież nie przesiądę, bo naprawdę wyjdę na świra. Tipsów nie da się zmyć zwykłym zmywaczem. Te botki co kupiła to zupełnie niewygodne. Zwróci. Metkę zachowała. Że noszone? Umyje… Moje mniej lub bardziej ukradkowe spojrzenia nie pomagają. Wychodzę! Wychodzę na świra. Ale czy na pewno ja?

