Zabawa nie boli

​Od miesiąca rozmyślałam, czytałam, podpatrywałam i gromadziłam. Nazwoziłam masę różnistych różności. Słoiczki tak zwanych kreatywnych i sensorycznych dóbr wszelkiej maści. Opakowania, miseczki, pudełka. Trochę spożywki (kasze, ryż, fasola, mąka ziemniaczana i pszenna, sól i makaron). I trochę chemii: płyn do zmywania, gliceryna, pianka do golenia i soda. Jeszcze wstążki, sznurek, klej, farby, kartki, papierowe talerzyki i kubeczki. Resztę zapewnia nam las: szyszki, patyki, igły, jagody, piasek, liście i oczywiście DYWAN, którego nie muszę zamiatać. Bałam się, że będzie bolało. Że będę się musiała poświęcać i udawać zaangażowanie. No i będę się musiała pobrudzić!!! A tu niespodzianka!!! Czekam na te nasze cudakowe zabawy nie mniej niecierpliwie niż Misia. Nie nudzę się i nie poświęcam. Razem wymyślamy, tworzymy, burzymy. Jest dynamicznie, bo Misia szybko się nudzi, ale przez to i ja muszę nakłonić wyobraźnię do sprawniejszego działania. Jest bardzo fajnie. To prawda, że muszę wymyślić, co będziemy robiły i jak. Choć tak naprawdę, to muszę tylko zacząć, pokazać, zachęcić, nakierować. To prawda, że jest przy tym więcej sprzątania (i prania). Czasem trzeba się przebrać, bo wszystko przemoczone i zapaćkane. To prawda, że czasem po długich minutach szykowania, wyciągania i miksturowania, Misia przelotem rzuca okiem, coś tam na szybko podłapie i zaraz biegnie szukać innych wrażeń. Ale to mnie jeszcze bardziej motywuje, żeby zastanawiać się, co się JEJ spodoba, co JĄ zainteresuje i wciągnie, jak ONA najbardziej lubi się bawić. I to sprawia, że uczę się mojej córeczki w całkiem nowy sposób. Poznaję ją, a ona poznaje mnie. Zabawa zmierza w nowe, nieplanowane wcześniej rejony. Ale to nieważne. Grunt, że jesteśmy razem.

Dodaj komentarz